W niedzielę 21.08.2011 wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Brennej. Dzień wcześniej długo zastanawialiśmy się jaki szczyt Beskidu Śląskiego wybrać... byliśmy trochę zmęczeni pracą a chcieliśmy pobyć w górach, posiedzieć na szczycie... nie w tłumie ludzi, którzy na szczyt wjechali kolejką, bądź samochodem (gdzie turysty w butach trekkingowych można ze świeczką szukać). Dlatego wybraliśmy właśnie Błatnią. Góra nie duża, ale ma swój klimat. Pogoda już od samego rana była bajeczna, zaparkowaliśmy pod kościołem w Brennej i wyruszyliśmy w drogę. Mieliśmy problem, żeby znaleźć czarny łącznik zielonego szlaku... więc na początku szliśmy trochę "na intuicję" czyli prosto przed siebie... prosto na szczyt. Czarnego łącznika oczywiście nie znaleźliśmy ale po jakimś czasie błądzenia po polanach górskich i krzakach dotarliśmy do zielonego szlaku.
Od tej pory trasa już była wręcz wymarzona - żałowaliśmy trochę, że nie wzięliśmy rowerów... bo szlakiem można było bez problemu wjechać na szczyt.
Po jakiejś godzinie dotarliśmy do schroniska... oczywiście dopiero na szczycie przypomniało mi się, że nie wzięłam książeczki pttk i trochę się zezłościłam, że nie będę miała pieczątki do kolekcji (w rezultacie przybiłam ją na chusteczce).
Na szczycie jak przystało na nas wielkie obżarstwo... kanapki, chałwa z Tunezji, jabłecznik od babci Maćka, herbata z termosu i jakby tego było mało nie mogłam sobie odmówić pajdy ze smalcem którą Maciek kupił mi w schronisku i jak zwykle gdy ją jadłam się krzywił (nie cierpi smalcu). Pajda oczywiście była przepyszna... to nic, że 90% mięsa i 10% smalcu... duużo lepsza niż ta w Krakowie :) ale dosyć o jedzeniu....
Rozłożyliśmy koc na polanie i dobre 2 godziny leżakowaliśmy. Nie obeszło się oczywiście bez 100 pytań do... zadawanych przez Maćka. Zabawa z cyklu głupie pytanie jeszcze głupsza odpowiedź. Nie wiem czemu, ale on strasznie lubi zadawać mi głupie pytania i później śmiać się w niebogłosy z moich jeszcze głupszych odpowiedzi :) hasła dnia "Brenna Spalona" "Wylęgarnia" i "kuna leśna".
Ruszyliśmy w drogę powrotną... widoki na góry z każdej strony przepiękne... w połowie drogi Maniek "łapał zająca" tzn "usiadł łydką na kamieniach" i ma teraz piękną pamiątkę...
Wróciliśmy do centrum Brennej, kupiliśmy jak się potem okazało podrobione oscypki i pojechaliśmy do Jastrzębia na naszą ulubioną pizzę :)
Dzień jak zawsze udany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz